Aparat

Koszmar z dziecięcych lat – aparat ruchomy

Dla kogo?

Aparat ruchomy, retainer, płytka retencyjna. Nazwy są różne ale opisują jedną i tą samą rzecz – kawałek akrylu z drutem, który można zdejmować i zakładać wielokrotnie.

 

 

Koszmar z dziecięcych lat - aparat ruchomy

 

 

Stosowany u dzieci do ok. 13 roku życia. Ma działać na zębach mlecznych, mieszanych i wczesnych stałych. Dlaczego tak? Do tego wieku następuje nie tylko wymiana zębów na stałe ale także wzrost kostny (rosną szczęki). Więc nosząc aparat ruchomy nie tylko działamy na zęby prostując je ale też na kości (np. rozszerzamy).

Używany też u dorosłych ale już w ramach retencji. Retencja to utrzymanie efektów leczenia aparatem stałym – taki retainer powstrzymuje zęby przed niechcianym przemieszczeniem. Druga sprawa, że może przybrać różny wygląd (pisałam o tym w notce o retainerach).

 

Wygląd

Aparaty ruchome różnią się między sobą nie tylko kolorem akrylu ale także indywidualnym dopasowaniem do pacjenta. Każdy jest robiony “pod wymiar”. Na wstępie ortodonta pobiera wyciski (kto nie kocha tej cuchnącej mazi), a potem na podstawie modeli “tworzy” ten oto wspaniały cud techniki. Jak widać na załączonych zdjęciach, nasz aparacik trzyma się na ostatnich trzonowcach (mała klamerka) i siekaczach (duża klamerka). Jednak najważniejszą modyfikacją jest śruba w akrylu. Jeżeli ta śruba występuje tzn. że aparat będzie używany do poszerzania szczęki. Poszerzać możemy zarówno szczękę górną jak i dolną. Polega to na rozkręcaniu śruby specjalnym kluczykiem.

 

 

 

 

Gdy trafiłam do drugiej orto, po przygodach z maską, leczenie mojej wady rozpoczęłyśmy właśnie od aparatów ruchomych – na górę i na dół. Dlaczego wspominam to jako koszmar? Ponieważ nienawidziłam tego nosić i w tym spać. Aparaty wydawały się dla mnie męką. Gdy wszystkie dzieci żyły sobie “normalnie”, ja się bujałam z tym “żelastwem” w gębie.

 

Odczucia dziecka = moje odczucia

Wstydziłam się z tym chodzić po podwórku, więc nosiłam je tylko w domu i oczywiście na noc. Wszelkie wyjazdy wiązały się oczywiście z zabraniem ze sobą “przyjaciela”, w specjalnym plastikowym pudełku. Jak chodziłam na noc do koleżanki to “zapominałam” zabrać go ze sobą. Nie nosiłam go po kilka dni, a potem płakałam gdy musiałam włożyć do na zęby. Często po przebudzeniu znajdowałam swój aparat pod poduszką lub za łóżkiem. Po prostu nieświadomie wyjmowałam go przez sen, bo mi przeszkadzał. Za każdym razem dostawałam opieprz od ortodontki, że za mało je noszę i powinnam więcej. Za każdym razem wychodziłam wkurzona z gabinetu. Czasami zapłakana.

Miałam kilka aparatów ruchomych, co jakiś czas orto mi je zmieniała. Ale najgorzej wspominam właśnie te rozkręcane. Jeśli nie nałożyłam ich np. przez trzy dni, to czwartego dnia już nieźle bolała mnie paszcza po rozkręceniu. Migałam się od noszenia jak tylko mogłam. Naiwnie łudziłam się, że jak tych parę razy nałożę ten aparat to wystarczy, by moje ząbki były proste (wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że moja wada to nie tylko krzywe zęby).

Byłam dzieckiem, które po prostu miało dosyć tych “męczarni”. Aż w końcu nadszedł ten dzień. Tydzień przed końcem roku szkolnego, w ostatniej klasie podstawówki. Moja orto “zlitowała” się nade mną i po czterech latach noszenia aparatów ruchomych założyła mi aparat stały. Do gimnazjum poszłam już jako “zadrutowana” na stałe…

Wspomnę tylko, że później nosiłam jeszcze aparat ruchomy, jako płytkę retencyjną po zakończeniu leczenia kamuflażem. Oczywiście było to noszenie na “odczepnego” i orto koniec końców podkleiła mi drucik na stałe (zwany retainerem). Teraz gdy szykuję się do operacji, to moja najgorsza wizja jest taka, że znów będę musiała latać w tym aparacie retencyjnym… Moja niechęć do niego pozostanie na zawsze! 😛