fbpx
Aparat

Najdroższa biżuteria w moim życiu czyli aparat stały

 

Gdy miałam 13 lat zostałam uwolniona od aparatów ruchomych. Jednak aby nie było tak łatwo, miło i przyjemnie, zostałam posiadaczką metalowego uśmiechu przez kolejne 3 lata.

 

Powrót do przeszłości

Spytacie, jak było? Przecież teraz jest szał na aparaty. Są mega modne. Można się z nimi obnosić jak z biżuterią (w sumie teraz to tak traktuje). Ale kiedyś na zapadłej wiosce, o mały włos nie miałabym życia. Na szczęście, to był sam koniec szkoły podstawowej, w gimnazjum było zdecydowanie lepiej. Miałam dwóch kolegów w klasie, którzy też nosili aparaty. Więc nie tkwiłam w tym metalowym koszmarze sama. Z resztą do tej pory się kumplujemy 🙂

Najgorzej wspominam pierwsze dni po założeniu. Nie mogłam normalnie jeść chyba z tydzień. Jadłam same zupki i papki. Tak samo wyglądały 2-3 dni po każdej wizycie, jak orto “podkręcała” druty. Fajną rzeczą było to, że wybierałam sobie kolory jakie chciałam. A przede wszystkim nie musiałam pamiętać, żeby zakładać aparat na noc, czy gdzieś go ze sobą wozić. Bo ZAWSZE miałam go ze sobą 😛 Dzień zdjęcia był wspaniałym dniem w moim życiu. Tradycji stało się zadość i kilka dni przed ukończeniem gimnazjum zostałam od-drutowana. Do liceum poszłam jako prosto-zębna, uśmiechnięta dziewczyna. Musiałam tylko nosić płytkę retencyjną. Na 18-stkę ortodontka podkleiła mi drut na górne siekacze i można powiedzieć, że zostałam uwolniona.

Na jakiś czas. Ponieważ po 10 latach ponownie założyłam aparaty. Z własnej nieprzymuszonej woli. Dlaczego? Moja wada “powróciła”. Chociaż tak naprawdę przecież nigdy się jej nie pozbyłam, tylko ją zamaskowałam. Tym razem po wielu przejściach trafiłam do Pani ortodontki, która podjęła się przygotowania mnie do operacji. Tzn. bardziej mojego biednego zgryzu. Roboty ma od cholery, co możecie sami wywnioskować z mojego planu leczenia. Ale jestem zdecydowana.

 

Najdroższa biżuteria w moim życiu czyli aparat stały

Jak wyglądało założenie aparatów po raz drugi?

W sumie bardzo podobnie jak za pierwszym razem. Najpierw przez 5 dni nosiłam gumki separacyjne (niebieskie gumki, które wpycha się pomiędzy zęby trzonowe, żeby zrobić miejsce na pierścienie). To jest tak naprawdę najboleśniejszy etap zakładania aparatu. Nie możesz gryźć, bo bolą zęby. Chodzisz wkurwiona, bo boli głowa (od zębów). Ale mijają te 3-5 dni (tyle się nosi separacje) i miejsce gumek separacyjnych zajmują pierścienie (tak było u mnie).

 

 

Najdroższa biżuteria w moim życiu czyli aparat stały

 

 

Samo zakładanie aparatu nie boli. Ani przyklejanie zamków, ani zakładanie pierścieni. Najpierw założono mi aparat dolny. Nie miałam możliwości wyboru rodzaju aparatu. Miał być podstawowy metalowy i tyle. Dlaczego? Ano dlatego, że bardzo dobrze sprawdza się przy operacji, ponieważ można zamontować w nim zamki z haczykami, które potrzebne są do wyciągów po ope (którymi się gumkuje zęby na sztywno, a potem na mniej sztywno).

 

 

Najdroższa biżuteria w moim życiu czyli aparat stały

 

Jaki aparat jest najlepszy do operacji?

Odpadają tu wszelkie bezligaturowe (bezgumkowe) aparaty. Estetyczne ponoć są dopuszczalne, ale łatwiej je uszkodzić przy ope (zdarza się, że po operacji wychodzisz bez kilku zamków). Oczywiście przy metalowych też to się zdarza (za dużo siły w rękach chirurga :P). Dla mnie wybór byłby oczywisty. Metal jest tańszy i nie odbarwia się. Poza tym, w moim przypadku orto stosuje mnóstwo udziwnień tj. sprężynki, krewetki, haczyki, łańcuszki, blokady i sama jeszcze nie wiem co, a to wszystko ma kolor metalowy. Więc nie wyobrażam sobie, że nosze aparat ceramiczny, koloru kremowego czy tam “zębowego”, a pomiędzy zamkami metalową sprężynę 😀 W sumie ja i tak nie “kryję się” z tym, że mam wadę, noszę aparat i szykuje się do operacji. Dlatego dla mnie mnie metalowy aparat jest spoko. Nawet czasem mogę sobie wybrać jakiś kolor jeśli nie mam krewetek (ligatury zrobione z metalowego drucika) 😉

 

Wiek a aparat

Paradoksalnie, noszenie aparatu w późniejszym wieku znoszę lepiej niż w nastoletnim. Być może wynika to z mojej świadomej decyzji o nim. Albo zwiększonej odporności na ból. Pomimo bólu po wizytach i zmianach drutów na mocniejsze (plus inne udziwnienia) jem normalnie, tylko wolniej. Staram się nie użalać nad sobą, że mnie boli. A jak jest źle, to biorę tabsa i przeczekuję. Jak przypomnę sobie siebie z nastoletnich lat, to po zmianie drutów potrafiłam płakać całą drogę powrotną do domu (tak mnie bolało). Teraz uroniłam łzę jedynie po kortykotomii, jak odchodziło znieczulenie…

Żeby nie było, że jestem jakimś Robocopem, to zdradzę Wam, że mdleję przy wszelkich innych zabiegach z użyciem igły 😛 Ale to temat na zupełnie inną historię.

Czy są tu jacyś “aparatowicze”? Jeśli tak, to jak się czujecie w aparacie? Lubicie go, czy nie za bardzo? Piszcie w komentarzach! 🙂