Koronawirus. Czy iść do lekarza w czasach pandemii?
Umysł

Koronawirus. Czy iść do lekarza w czasach pandemii?

 

Co niektórych z Was może zadziwić, byłam dziś u mojej orto na wizycie kontrolnej. Zrobiłam szybką wrzutkę na InstaStory z czarnymi gumkami (czarne gumki = czarne serce <3). Jedni mi zazdroszczą, bo to wspaniale uczucie zmienić ligatury na “świeże”. Inni napiętnują, że jak to tak śmiałam ruszyć dupę do lekarza w czasach pandemii. Jednym i drugim odpowiem – miałam taką furtkę, więc skorzystałam. Nikt mnie do tego nie zmusił, nikt mi też tego nie zabronił. Zrobiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli.

 

Wizyta u lekarza w czasach pandemii

 

Pomijam fakt, że z komunikacji miejskiej nie korzystam od jakichś 5 lat, bo wszędzie wożę dupę autem. Czy jestem wygodna? Być może. A może na styl mojego podróżowania wpływa traf, że wszędzie mam w kij daleko i auto to najszybszy sposób, żeby dotrzeć z punktu A, do punktu B (z przecinkiem, jeśli mam taką potrzebę). Także na w/w wizytę udałam się jakże luksusowym środkiem transportu, jakim jest moja Ruda Madzia (czemu ruda to sami sobie odpowiedzcie na to pytanie, podpowiadam tylko, że to jest auto więc NIE chodzi o włosy).

 

 

Czym różni się taka wizyta u lekarza w czasach pandemii od standardowej wizyty? Hmm po pierwsze może nie dojść do skutku. A jeśli już dojdzie, to przede wszystkim ilością podjętych środków ostrożności. Moja wizyta została kilka dni wcześniej potwierdzona telefonicznie (oczywiście mogłam odmówić). Również przez telefon zostałam zasypana gradem pytań: czy byłam za granicą, czy ktoś z mojej rodziny albo znajomych był za granicą, czy byłam chora itp.

Oczywiście zgodnie z prawdą odparłam, że nie. Od dwóch tygodni siedzę (albo leżę) na mojej rosnącej wszerz dupie, w domu, na przymusowym urlopie. Także jedyny kontakt z obcymi nastąpił, gdy jeden z moich kotów przyniósł pod drzwi zagryzioną mysz. Martwą mysz. Obrzydliwe.

 

Środki ochrony

 

Wracając do wizyty. Gabinet i personel był w pełni przygotowany. Standardowo zastosowano obowiązkowe mycie rąk po przyjściu i użycie środka do dezynfekcji. Trzeba było również wypełnić imienny dokument zawierający informacje czy gdzieś byłeś lub Twoje dziecko było (tak, plac zabaw to też strefa rażenia). W razie “W” będą Cię ścigać. Hehe. Nieśmieszne, wiem.

Myślę, że tak ubrany personel przetrwałby nawet atak broni chemicznej. Maseczki, rękawiczki, przyłbice, jednorazowe fartuchy. Jak pracowałam kiedyś w labo (brzmi jakbym miała już ze sto lat, a mam tylko 99), to takich zabezpieczeń nie mieliśmy. Także luz. W sensie, nie luz, że jest koronawirus i pandemia, ale że psychicznie lżej, bo gabinety są jednak należycie przygotowane. Pacjentów zero. Jeden wchodzi, trwa wizyta, potem wychodzi. Przerwa. Dopiero wbija kolejny. Kolejek brak. Poczekalnia pusta. Mogłabym się tam rozłożyć (na krzesełkach) i zrobić sobie drzemkę. Ale po co, skoro ledwo przyszłam i się zdezynfekowałam, a już musiałam wbijać na fotel.

 

Koronawirus. Czy iść do lekarza w czasach pandemii?

 

I tak wiem, że zaraz zaczną się podjazdy, że “jak będziemy teraz chodzić na wizyty, to za dwa miesiące nie będzie miał nas kto leczyć!!!!”. Chciałabym tylko nieśmiało zauważyć, że to LEKARZ decyduje o tym, czy jego gabinet będzie otwarty, czy nie. Czy będzie przyjmował pacjentów, czy zostawi ich na lodzie. I nie mam tu na myśli nawet takich typków jak ja (bo u mnie sytuacja jest już w miarę stabilna), ale takich, którzy są świeżo po operacji (dwuszczękowej na przykład). Codziennie piszą do mnie ludzie. Czasem o tym, że zostali bez dostępu do lekarza (ortodonty czy chirurga). Ludzie po zabiegach (kortykotomia), gdzie efekt trwa od 3 do 4 miesięcy, mają poprzekładane wizyty na “nie wiadomo kiedy”. Ja rozumiem, że to wyjątkowa sytuacja, ale czy to jest FAIR wobec nich? No raczej kurde nie.

Uważam, że powinny istnieć wyjątki, szczególnie dla tych osób świeżo po operacji, aby nie musieli drżeć z niepewności i umierać ze stresu czy z ich gębą wszystko w porządku. Moim zdaniem jest to SZALENIE NIEODPOWIEDZIALNE aby zostawić takiego pacjenta bez pomocy. Czy to w ogóle jest zgodne z kodeksem lekarskim?!

 

Grupa, która ma jeszcze gorzej…

 

Brnijmy dalej w to bagno. Kobiety w ciąży. O to jest temat rzeka. Albo raczej ruchome piaski. Grupa osób, której współczuje tak samo, jak tym świeżo po operacji dwuszczękowej bez dostępu do wizyt kontrolnych.

Porzucone przez swoich lekarzy prowadzących. Pozostawione same sobie. Nie wiem jak wygląda sytuacja w innych miastach w Polsce (pewnie podobnie), ale u mnie lekarze “prywatni” pozamykali się z jednym dniem. Miałam w pracy koleżankę w ciąży. Ciąża okazała się zagrożona. Koleżanka powinna leżeć w szpitalu. Lekarz (który prowadził ją do tej pory) powiedział, że musi szukać kogoś innego do prowadzenia, a szpital ma sobie zrobić w domu. No ja bym mu chyba jebła, ale to ja.

Setki tysięcy osób pozostawionych samych sobie. Drżących ze strachu o swoje zdrowie, o zdrowie swoich nienarodzonych dzieci, o swoją przyszłość. I wiesz, drogi czytelniku, to nie koronawirus ich tak najbardziej przeraża, ale to kłębowisko wszechogarniającego syfu.

Do lekarza nie pójdziesz, ale spotkać się w Biedrze przy alejce z mięchem na grilla, już możesz. Czemu by nie? Stać tam, tarasując całe przejście i wyklinać Kowalskiego, że już trzeci raz w ciągu godziny psa wyprowadza. Kto komu zabroni? Może go żona wkurwia, bo piąty dzień z rzędu makaron z ryżem gotuje na obiad?

 

Koronawirus. Czy iść do lekarza w czasach pandemii?

Pomyśl…

 

I nie, nie namawiam Cię do bojkotowania Twojego gabinetu ortodontycznego. Do zdarcia maseczki i plucia na prawo i lewo. Jeśli Twój lekarz zwinął interes – bardzo mi przykro. Niestety obecnie nic na to nie poradzisz, musisz to jakoś przeczekać.

Ale nie demonizuj tych lekarzy, którzy postanowili działać pomimo zagrożenia. To ich wybór. Natomiast jeśli Twój lekarz jest “otwarty”, TY nadal masz swój własny wybór. NIE MUSISZ iść na wizytę, jeśli nie chcesz. Tym bardziej, gdy czujesz się niewyraźnie, jesteś lub byłeś chory, miałeś kontakt z osobą, która jest/była chora. Nawet na zwykłe przeziębienie. Ciesz się, że akurat Twój lekarz “działa”, ale nie narażaj go niepotrzebnie.

 

A i proszę, nie mów mi jak mam żyć. Wystarczy, że Rząd to robi.