Aparat

Maska ortodontyczna – po co to?

Dawno, dawno temu…

Gdy miałam 6 lat mama zabrała mnie pierwszy raz do ortodonty. Pamiętam, że po tej wizycie musiałam nosić taką białą, gumową maskę, w której wyglądałam jak kosmitka. Maska ta, została specjalnie dla mnie uszyta, z elastycznych kawałków materiału połączonych gumką (jak od gaci). Nakładało się ją na głowę i naciągało, aż do brody. Miała powstrzymać moją brodę przed rośnięciem. Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło. W nocy nie mogłam spać, bo maska mnie cisnęła, było mi strasznie niewygodnie i do dziś pamiętam, że czułam się w niej jak dureń.

Niestety nie mam żadnych zdjęć w tej nieszczęsnej masce. W sumie się sobie nie dziwie, bo nie chciałam tego nosić, a tym bardziej o tym pamiętać. W internecie nie mogłam znaleźć identycznego odpowiednika, ale jest parę zbliżonych wersji.

To co znalazłam

Maska na poniższym zdjęciu wygląda schludniej. Jest zrobiona z solidniejszych materiałów, niż moja “gumiasta”.

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

Tu też materiał wydaje się przyjemniejszy. Może nie wcina się aż tak w brodę, jak to robiła moja maska.

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

Szkic przedstawiający starszą wersję maski, chyba najbardziej podobną do mojej. A po ubraniu jegomościa wnioskuję, że bliżej mi do epoki ortodontycznej moich pradziadków 😛

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

Koreański cud – maska ortodontyczna? Nic bardziej mylnego! To maska liftingująca z Alieexpress. Nosiłam taka maskę zanim to było modne 😉

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

Wpisując w Google hasło “maska ortodontyczna”, lub “maska twarzowa”, wyskakują nam zdjęcia jej unowocześnionej wersji. Skuteczniejszej, ponieważ oddziałuje też ona na kości szczęki i zęby. A nie tylko na brodę, jak to było w moim przypadku.

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

Wygląda to trochę jak w amerykańskich filmach, gdzie dzieciaki latały z takimi “kaskami” na głowie i wszyscy naokoło się z nich śmieli. Foto obrazowe poniżej.

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

Ja z maską “ortodontyczną” męczyłam się 2 lata. W końcu trafiłam w ręce kogoś bardziej kompetentnego. Nowa Pani ortodontka wyśmiała uprzednie zabiegi i jasno nakreśliła, że tu potrzebne są aparaty, (być może) dzięki którym, uniknę operacji.

Jak się później dowiecie, niestety moja wada okazała się zbyt poważna i po wielu latach, przyjdzie mi zmierzyć się z piłą i dłutem na stole operacyjnym. Ale o tym później 😉

Po co, po co, po co, po co?

Po co w ogóle nosi się taką maskę? Do czego ona ma służyć? Jak działa? Czy to boli?

A więc, obecna maska:

a) ma zastopować nadmierny wzrost żuchwy i wyciągnąć górną szczękę (przy przodogryzie)

b) wyciągnąć żuchwę do przodu (przy tyłozgryzie).

Opcja A oddziałuje na zęby w górnej szczęce, poprzez “ciągnięcie” ich wyciągami (gumki), przytwierdzonymi do stelaża maski. Gumki w paszczy oczywiście muszą być na czymś zaczepione, może to być np. aparat lub hyrax.

Opcja B nosi trochę inną nazwę (headgear). Zasada działania jest podobna (ma ciągnąć zęby do przodu, zmuszając tym samym kość do wzrostu), ale oddziałuje na żuchwę (szczeka dolna).

 

Maska ortodontyczna - po co to?

 

 

Maska twarzowa najlepiej sprawdza się na dzieciach, u których wzrost kostny nie jest jeszcze zakończony (czyt. dziecko nie skończyło rosnąć, więc maska realnie coś da). U dorosłych też ma zastosowanie, rzadsze (ze względu na ukończony wzrost kostny), ale przy zabiegu rozerwania szwu podniebiennego, również można uzyskać efekty. Jest to jednak proces dłu-go-trwa-ły. A maskę trzeba nosić przynajmniej 12 h dziennie.

Jak żyć?

Ja osobiście nie wyobrażam sobie, że miałabym w czymś takim chodzić do pracy, albo normalnie funkcjonować. Chyba, że miałabym własną działalność i pracę zdalną w domu 😛 A już w ogóle zachodzę w głowę, jak w tym można spać? Dla kogoś takiego jak ja, który się rzuca w nocy po łóżku jakby potrzebował egzorcyzmów, skończyłoby się to tragicznie (spotkanie ze ścianą musi boleć…). Ponoć samo noszenie maski nie boli, ale śmiem powątpiewać (Ci co nosili nawet zwykły aparat wiedzą, że cokolwiek w gębie, przynajmniej na początku, uwiera i rani).

Osobiście nie znam nikogo kto by nosił taką unowocześnioną wersję Frankensteina. Ale jeśli czytają to ludzie, którzy mieli z tym do czynienia, to bardzo proszę, podzielcie się swoimi opiniami na temat tego, jakże strasznie wyglądającego ustrojstwa 🙂 Jestem bardzo ciekawa, w ilu % przynosi to zamierzone efekty. I czy udało się Wam uniknąć operacji w wieku dorosłym?