Przesadziłam z pakowaniem! To było zupełnie niepotrzebne!
Operacja

Przesadziłam z pakowaniem! To było zupełnie niepotrzebne!

 

Sterta ciuchów, masa kosmetyków, pięć par butów, kolorowe majtki na każdy dzień tygodnia i laptop. Wszystko to i dużo więcej można by znaleźć w mojej torbie “podróżnej”, spakowanej do szpitala. Nie zmieściła by się tam już nawet zapałka. Ale na świnko-kocyk ZAWSZE musi znaleźć się miejsce! I znalazło się. Wzięłam po prostu większą torbę…

Pakowanie to nie jest jedna z moich ulubionych czynności. Ba! Powiedziałabym, że to jedna z najbardziej znienawidzonych przeze mnie czynności (zaraz po zmywaniu). Ale jak mus to mus. Przyszedł czas by spakować się do szpitala, w końcu wiekopomna chwila przeistoczenia się z poczwarki w świniaka musiała kiedyś nadejść (tak, mam na myśli operację ortognatyczną, a w moim przypadku dwuszczękową :P).

 

Przesadziłam z pakowaniem! To było zupełnie niepotrzebne!

 

Przygotowałam więc odpowiednio wcześniej (jakieś dwa tygodnie, brawo ja) długaśną listę tego, co powinno znaleźć się w mojej walizce. Oczywiście zakupy rozpoczęłam z opóźnieniem (jakiś tydzień przed), bo wcześniej nie miałam czasu, i gdy okazało się, że z neta już nic nie zdążę zamówić, bo nic do mnie nie dojdzie (uroki mieszkania na zadupiu), rozpoczęłam maraton po sklepach.

Wyniki tego maratonu możecie obejrzeć sobie tutaj (kliknij na “tutaj”) 😉

Na dzień dzisiejszy, wiem, co mi z tych rzeczy się bardzo przydało, a co w ogóle nie zdało egzaminu. I to mam zamiar opisać, żebyście brali poprawkę na to, że to co uważacie za niepotrzebne zawalisko, może okazać się “very helpful”. Natomiast to co jest tzw. “must have” okazać się jedynie zabieraczem miejsca w torbie (którego i tak jest wiecznie za mało!).

 

Przesadziłam z pakowaniem! To było zupełnie niepotrzebne!

 

 

Let the fight begin!

 

Lista tego co zabrałam wyglądała następująco:

  • świnko kocyk – w sumie przydał się tylko na chwilę w szpitalu, a bardziej gdy czekałam u siostry na podwózkę do domu, więc daję takie TAK/NIE
  • poduszka rogal – tym razem nie użyłam jej prawie wcale, bardzo bolał mnie kark i było mi mega niewygodnie z nią, wolałam ułożyć sobie łóżko bardzo wysoko, niż trzymać tego rogala, na NIE
  • moździerz – na TAK, przydał się, ale w domu (rozcierałam leki na początku i witaminy)
  • strzykawka “Żaneta” – zdecydowanie na NIE, tak mnie wkurzała, ciągle się zatykała, i milion razy moje jedzenie zamiast w buzi lądowało na ścianie (albo na ciuchach)…
  • kubek do picia – TAK, ja miałam lekki blaszany, używałam do wszystkiego.
  • maska twarzowa – TAK, chociaż jest cholernie niewygodna, to spałam w niej codziennie, aż do teraz (4 tyg po ope), do tego wsadzałam sobie kapustę pod tę maskę i działa!
  • bardzo miękka szczoteczka Elmex – na TAK, ogólnie po ope ciężko jest myć zęby, ale ta szczoteczka się sprawdziła.
  • kosmetyczka w kropeczki – haha oczywiście, że na TAK, bardzo pojemna.
  • lusterko – to jest właśnie MUST HAVE, który trzeba mieć. Ja cały czas się przeglądałam w tym lusterku, podziwiając swój nowy zgryz i świńską twarz. Niezbędne przy jedzeniu, czyszczeniu nosa, myciu twarzy (większość rzeczy robiłam w łóżku, bo nie miałam siły).
  • chusteczki nawilżane – na TAK, ale zdecydowanie wystarczy jedna paczka.
  • podkładki na deskę do kibla, na NIE, bo ani razu ich nie użyłam, pierwszy raz do toalety oczywiście poszłam z kimś, potem już sama ale cały czas jedną ręką musiałam trzymać chusteczki przy nosie (sączyła się krew/wydzielina). Nie miałam siły/czasu na bawienie się w podkłady na kiblu.
  • piżama z guzikami – na TAK, ale koszulka na ramiączkach również na tak. Polecam w ogóle wziąć więcej koszulek, bo moja piżama po pierwszej nocy nadawała się jedynie do prania (cała we krwi z nosa).
  • własne okłady chłodzące – zdecydowanie na TAK, jako jedyna na oddziale miałam swoje, zawsze zimne. A że osób leżało dużo (cały oddział), to oni jechali na szpitalnych “butelkach”.
  • Eludril Classic – TAk i tu nie ma dyskusji nawet,
  • pasta z chlorheksydyną – u mnie Elgydium, na TAK
  • udrażnianie nosa – patyczki “do uszu” bardzo na TAK, woda morska – jeszcze bardziej na TAK, xylogel – ani razu nie użyłam więc na NIE
  • LIOTON 1000 – nic nie działa, poza tym okropnie śmierdzi i się paskudnie lepi, użyłam może z 5 razy, pieniądze wywalone w błoto – na NIE
  • tabletki Aescin – nie wiem czy one jakoś pomogły, bo równolegle stosowałam inne środki, więc takie TAK/NIE
  • Nutridrinki – TAK, TAK, TAK!!! bez tego nie przeżyłabym szpitala. A raczej szpitalnej diety. Kasza manna (blee), kakao z mlekiem (chociaż mówiłam, że ja mleka niet), i zupa krem zrobiona ze wszystkiego co było pod ręką. Zupa i kasza pięknie zapychały mi strzykawkę, i wyglądały malowniczo na zielonych ścianach szpitala. Nie polecam.
  • Multivitamina Bella (DOZ) – na NIE, boli mnie po tym żołądek.
  • Kompleks witamin B, witamina C, na TAK, biorę cały czas.
  • leki na opryszczkę -na TAK, bo nie zawiodły. Na czas operacji, przyjęcia nie miałam skwary. Nie wpłynęły na wyniki krwi. Jedynie co było “super” to po 5 dniach od operacji i tak wyskoczyła mi opryszczka. Cóż ważne, że już po ope.
  • Tamtum verde – na NIE, bo się nie przydało, nie było jak psikać (szczękościsk).
  • Ręcznik duży, ręczniki małe, ściereczki – na TAK. Z gęby leci przy każdej próbie jedzenia/picia. Z nosa leci krew bez żadnej kontroli. Także cały czas trzeba mieć jakąś “podkładkę”.
  • Octanisept – to była właśnie rzecz, która okazała się very helpful, a na początku nie wiedziałam po co ją biorę. Ot życie jest przewrotne. Na TAK.
  • Spierzchnięte i popękane usta – Alantan – na bardzo TAK, maść witaminowa – raczej NIE, Carmex – NIE, Neutrogena – TAK.
  • Plastikowe, grube słomki – TAK! To moi wybawiciele. Na szczęście dałam radę pić ze słomki, więc mogłam porzucić strzykawkę.
  • Kapcie – TAK, Japonki – TAK/NIE – bo raz używałam, a raz zapominałam, więc niekoniecznie.
  • Książka – poczytałam dosłownie dopiero jak byłam chwile u siostry (czekając na transport), więc NIE.
  • Laptop – montowałam filmik w dzień przyjęcia, a później już go nie używałam, więc NIE.
  • Telefon i słuchawki – TAK, z tego korzystałam często.
  • Szlafrok, dresy – TAK.
  • Notes do pisania – TAK, bo nie mogłam kompletnie mówić.

 

 

Przesadziłam z pakowaniem! To było zupełnie niepotrzebne!

 

 

O czymś zapomniałam…?

 

Podsumowując, jest tego od cholery i na bank o czymś zapomniałam. Jak widzicie, wiele rzeczy było tzw. zawaliskiem, wiele okazało się przydatnych. Ale najważniejsze z tego wszystkiego były dwie rzeczy, nie do zastąpienia.

Pierwsza z nich to nastawienie. Moje nastawienie do całej tej sytuacji. Uważam, że było wyważone. Dobrze wiedziałam na co się piszę (ból, trudności z oddychaniem, jedzeniem), ale wiedziałam też, że to przetrwam. Że dam radę. Nie miałam kryzysów zwątpienia “po co ja to robiłam?”. Wkurzałam się oczywiście, bo ciężko było jeść (szczególnie gdy jedzenie lądowało na ścianie….), ale nie było chwili “gdy chciałam umrzeć”.

Druga rzecz, równie ważna jak pierwsza, to obecność bliskich. Pomoc w umyciu się, w zaprowadzeniu do łazienki. Szczególnie w pierwszej dobie po operacji, ta pomoc jest nieoceniona. Nie wiem jak bym sobie poradziła, gdybym była tam kompletnie sama. Byłoby znacznie ciężej. Ale jeśli Wy akurat możecie liczyć tylko na siebie, to również nie powinniście się martwić. To jest do przejścia, a w ostateczności o pomoc zawsze można poprosić pielęgniarkę.

 

Zgadzacie się z tą listą? A może czegoś Waszym zdaniem brakuje na tej liście? Albo coś jest zupełnie niepotrzebne? Piszcie w komentarzach! 😉